Menu

MASZERUJ

chciałabym daleko, ale najczęściej maszeruję do pracy

warszawa - białystok

jol-ene

Piszę z warszawskiego łóżka. Wylądowałam w nim wczoraj chwilę przed północą, po sześciu nocach nieobecności.

Rowerowo się chyba nie spełniłam podczas tej wyprawy. Rekordy kilometrów - nie do pobicia - padły już pierwszego dnia. Potem były deszcze. Jeszcze później sentymenty wzięły górę.

W sobotę ruszyliśmy z Warszawy przed 11.00 (z godzinnym opóźnieniem). Do Szumina, czyli do celu, dotarliśmy po 21.00. Licznik wskazał 116,5 kilometra, co wciąż wydaje mi się niewiarygodne i szalone. Złapały nas po drodze dwie ulewy. Sarenka przebiegła polną drogę kilka metrów przed naszymi rowerami. W środku lasu natknęliśmy się na dwa wielkie, bezpańskie psy szaleńczo biegnące w naszą stronę. A trzy kilometry przed Szuminem z przedniego koła roweru K. niemal całkowicie zeszło powietrze, lokalni pijaczkowie pomogli zmienić dziurawą dętkę.

Następnego dnia mogliśmy tylko odpoczywać, a dobrą wymówką były przemoczone buty, które musiały wyschnąć przed dalszą drogą, bo nie wzięliśmy zapasowych.

W poniedziałek rano mieliśmy ruszyć. Ale obudził mnie nie budzik, a gęsty stukot kropel o parapet. Do południa nie przeszło, więc schowaliśmy ambicję do kieszeni i zaczęliśmy sprawdzać pociągi. Około 14.00 trochę się wypogodziło, dojechaliśmy 15 km do Łochowa (spiesząc się, by zdążyć przed deszczem) i stamtąd pociągiem do Szepietowa, z przesiadką w Małkini. Ze stacji kolejowej ruszyliśmy do Podlaskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego, który prowadzi hotel na 100 miejsc. Zakwaterowaliśmy się, zostawiliśmy sakwy i pojechaliśmy do Brzósek Brzezińskich, a potem Mystek Rzym, czyli wsi mojego dzieciństwa. Pod koniec dnia licznik wskazywał niemal 40 kilometrów, ale w ogóle tego nie odczułam. To nie była jazda, to było delikatne kręcenie się po okolicy.

Następnego dnia musieliśmy wymeldować się przed 8 rano, ponieważ PODR spodziewał się zagranicznych gości, przyjeżdżających na Festiwal Folkloru. Właściwie nie dziwię się, że na Zachodzie ludzie myślą, że Polska jest biednym, zaściankowym, zacofanym krajem, bo gdy młodzież przyjeżdża i zastaje warunki, które pamiętam z kolonii sprzed dwudziestu lat, to żadna uprzejmość nie sprawi, że znajdziemy się w czołówce cywilizowanych państw. I to mnie nie złości, to mnie smuci. 

Jedliśmy śniadanie w szepietowskim parku i zastanawialiśmy się, jak tu się żyje. Pan z dużym brzuchem kosił trawę w parku, w przerwie usiadł na ławce i zadzwonił do urzędu gminy. Załatwiał jakieś sprawy, a jego mowa była tak rozczulająco wschodnia. Co jakiś czas ulicą przejeżdżał samochód dostawczy z logo Mlekovity. Ktoś wchodził do spożywczego i wychodził. Dokąd szedł z tymi drobnymi zakupami? I jak spędzi wieczór? Pewnie przed telewizorem albo na rozklekotanym fotelu na ganku. Widziałam takich sporo. I mimo tej nieaktracyjności, nudy i monotonii jakoś mnie ten tryb życia zafascynował.

Po śniadaniu ruszyliśmy do Wysokiego Mazowieckiego przez Brzóski. Przy wyjeździe ze wsi starsza pani - rowerzystka pokazała nam ścieżkę rowerową. Tuż za babeńką, jadącą na rowerze w sukience i klapkach, wlekliśmy się do miasta. Wdychaliśmy podlaskie powietrze, oglądaliśmy pola kukurydzy i zbóż, których gatunków nie potrafiliśmy określić, a ja tak bardzo chciałam tę panią zagadnąć - czy pamięta moją babcię? Ale zabrakło mi odwagi... Przy wjeździe do miasta zapytałam ją tylko o drogę na cmentarz. Wyjaśniła, a potem goniła za nami, by nas prowadzić, wskazywać zakręty. A ja wciąż nie miałam odwagi zapytać.

Na cmentarzu odnaleźliśmy groby mojej babci, dziadka, prababci, pradziadka i trzech wujków. Nawet nie pamiętałam, że moi pradziadkowie są tam pochowani. Nigdy ich nie poznałam i nic o nich nie wiem. Nie wiem, czy to ich rodzinna ziemia, czy skądś tam przybyli. Pierwszy raz w życiu obudziła się we mnie potrzeba odnalezienia korzeni. I choć K. chciał tego dnia jechać dalej, do Łap albo do Suraża, to ja nie byłam w stanie z Wysokiego wyjechać. Kręciliśmy się więc po mieście i po okolicznych wsiach. W miejscowej księgarni kupiłam bardzo ciekawą książkę Jana Kryńskiego "Wysokie Mazowieckie. Monograficzny zapis dziejów" i pół od razu przeczytałam. Obiecałam sobie, że niedługo tu wrócę i wtedy będę miała odwagę pytać i szukać.

W środę ruszyliśmy do Białegostoku. Plan był taki, by jechać przez wsie. Przypadkiem jednak dowiedzieliśmy się o dwóch farmach lisów w lesie przed pierwszą wsią widniejącą na naszej trasie. Nie przestraszyliśmy się smrodu (jest on chyba wszechobecny na Podlasiu), możliwe, że widok lisów w hodowli ścisnąłby nas za serce, ale to psów strzegących farm się przestraszyliśmy i postanowiliśmy do Białegostoku dojechać drogą wojewódzką. Licznik kilometrów nam się dzień wcześniej zepsuł, ale jechaliśmy prostą drogą, którą mapy google oceniły na 53 kilometry. Po drodze K. znów przebił dętkę. Na jednym z postojów spotkaliśmy psa, którego miałam ochotę wziąć ze sobą do domu. Przez moment byliśmy na terenie Narwiańskiego Parku Narodowego i widoki były zapierające dech w piersiach, a nie zbaczaliśmy ze wspomnianej drogi wojewódzkiej, więc jak pięknie tam musi być, gdy wejdzie się głębiej.  

Białystok przywitał nad widokiem łysego młodzieńca z biało-czerwoną opaską na ramieniu. A więc pierwsze minuty w tym mieście zdawały się potwierdzać wszystko to, o czym przeczytałam w książce Marcina Kąckiego. W książce, która mną wstrząsnęła, a gdy czytałam ją na głos, by i K. coś liznął z lektury teraz, gdy jesteśmy w tym mieście, zdarzało się, że głos mi się łamał i wilgotniały oczy. Jednak później, spacerując lub jeżdżąc rowerem po mieście, nie natykaliśmy się na każdym kroku na przejawy nietolerancji, antysemityzmu czy rasizmu. Szukałam swastyk na elewacjach i murkach, ale nie znalazłam. Na skwerze Malmeda, gdzie stoi nieudany pomnik Zamenhofa, wszystkie ławki były zajęte. Więc białostoczanie nie bojkotują żydowskich ulic i parków. W Centrum im. Ludwika Zamenhofa byliśmy jedynymi gośćmi, ale tłumaczę sobie, że tak po prostu jest w muzeach. Wszystkich. W Muzeum Żołnierzy Wyklętych w środku tygodnia o godzinie 14 pewnie też nikogo by nie było. I już sobie myślałam, że albo Kącki przesadził, albo po publikacji miasto wzięło się za siebie i zrobiło porządek. Ale okazało się, że wszystko, co napisał, jest prawdą. Na Rynku Kościuszki ludzie popijają kawy i piwka, jedzą pizzę ze śródziemnomorskimi dodatkami, a za kim trzeba, młody białostoczanin krzyknie coś wulgarnego. Koloryt miasta, który mieszkańcy tworzą, lub do którego przyzwyczaili się ci, którzy sami nie krzyczą, ale na krzyki przyzwalają brakiem reakcji. 

Na ulicy Suraskiej wystawa o Wielkiej Synagodze w Białymstoku, zniszczonej przez nazistów w czasie drugiej wojny. Zatrzymujemy się, oglądamy zdjęcia, czytamy historię świątyni. Najpierw mija nas dwóch młodych, łysych, w dresach. Jakieś gwizdy, jakieś charakterystyczne chrząknięcia, kaszlnięcia, splunięcia. Żadnego komentarza. "Jesteś przewrażliwiona" - myślę. Po chwili dwie panie, w wieku na oko 45 lat. Ta w dżinsach i różowej koszuli z krótkim rękawem mówi z pretensją w głosie: ciekawe, czy o Smoleńsku takie były. Oto Bialystok, przed wojną miasto wielu Żydów.

O 20.03 wsiadamy do pociągu Mickiewicz relacji Białystok - Warszawa. Wracamy do domu. Głowę mam pełną nieuporządkowanych myśli.

 

za_cmentz

 

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • dziewczynazukulele

    Podziwiam siłę i wytrwałość ;) też kiedyś muszę się wybrać w tamte rejony!

  • stycznioweczka

    Ja pierniczę! Czytałam Twój wpis jak rozdział dobrej powieści! Przysięgam! Boże jak mi się marzy tak spędzić kiedyś chociaż weekend. Aktywnie i z ukochaną osobą. Jeździłas z mężem, partnerem? Ile masz lat jeśli mogę spytać ? ;) pozdrawiam!

© MASZERUJ
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci