Menu

MASZERUJ

chciałabym daleko, ale najczęściej maszeruję do pracy

wiele smutnych refleksji o polskiej szkole

jol-ene

Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiada, że od września nauczanie indywidualne będzie można realizować tylko w domu. W szkole - nie, ponieważ jest to forma pomocy skierowana do dzieci chorych, czasowo niezdolnych do nauki w klasie, a nie dla dzieci z niepełnosprawnościami, które powinny się uczyć w grupie - w klasie mniej licznej, w klasie z pedagogiem wspomagającym, ale jednak w klasie.

 

Kiedy byłam na studiach, jak najgorzej myślałam o wysyłaniu uczniów na nauczanie indywidualne. Myślałam: nigdy nie zaproponuję tego rodzicom, nie zasugeruję, że tak byłoby lepiej - choćby nie wiem, jak trudna byłaby praca z dzieckiem.

Znamienne jest to, że piszę o trudności nauczyciela w pracy z uczniem, a nie o trudnościach dziecka w funkcjonowaniu szkolnym. Do dziś uważam, że taka forma pomocy psychologiczno-pedagogicznej jest porażką szkoły, ponieważ nie umiemy pomóc inaczej, więc w jakimś zakresie separujemy dziecko. Jakie są tego efekty? W klasie pracuje się łatwiej. Dziecko objęte nauczaniem indywidualnym ma lepsze wyniki w nauce.

Ranga tych pozytywnych efektów jest tak wielka, że brniemy w to, a to przecież efekty chwilowe, widoczne tu i teraz. Zapominamy, że uczeń objęty nauczaniem indywidualnym przestaje uczyć się pewnych zachowań społecznych, zaczyna odstawać od rówieśników. Nigdy dziecko nie powinno być separowane w 100%, powinno być objęte tzw. edukacją włączającą - wspólne lekcje np. języków obcych (gdzie grupy są małe), wspólne zajęcia artystyczne, sportowe, imprezy i wyjścia klasowe i szkolne. 

W swojej karierze zawodowej zetknęłam się z dzieckiem, które było objęte nauczaniem indywidualnym w klasach 4-6 szkoły podstawowej i w naszym gimnazjum kontynuowało naukę w odosobnieniu (tak to trzeba nazwać). Powodem były duże problemy z układem kostnym czy mięśniowym - już nie pamiętam. Niestety w szkole podstawowej nie był objęty edukacją włączającą. Ten uczeń po kilku latach takiej separacji odczuwał paraliżujący strach przed rówieśnikami. Nie potrafił nawiązać relacji, zainicjować żadnego kontaktu. Temu dziecku wyrządzono krzywdę. Nauczanie indywidualne było zorganizowane w sposób nieodpowiedzialny i zastanawiam się: gdzie był pedagog i psycholog szkolny?, gdzie rodzice?, gdzie poradnia psychologiczno-pedagogiczna, która orzeka o nauczaniu indywidualnym?, gdzie dyrektor szkoły, który odpowiada za organizację pomocy psychologiczno-pedagogicznej? Dlaczego nikt w porę nie zauważył, że to dziecko trzeba uspołeczniać, bo inaczej - po prostu - nie będzie umiało żyć w społeczeństwie.

Skoro długofalowe skutki nauczania indywidualnego są dla ucznia tak katastrofalne, dlaczego dziś moje poglądy nie są tak ostre, jak w czasie studiów?

Poznałam system od wewnątrz - jego możliwości i jego ograniczenia, stałam się jego cząstką.

Zdarza mi się, że sugeruję rodzicom nauczanie indywidualne, choć bardzo rzadko, właściwie tylko w jednym przypadku: gdy podejrzewam, że dziecko cierpi na zaburzenia lękowe / fobię szkolną / depresję i w związku z tym przestaje chodzić do szkoły. Po prostu zostaje w domu, bo boi się szkoły, hałasu, tłumu lub nie ma siły na kilkugodzinne funkcjonowanie w tłocznym i głośnym miejscu. Oczywiście zawsze ostateczną decyzję zostawiam rodzicowi i lekarzowi, ale często okazuje się, że tylko to rozwiązanie pozwala dziecku realizować obowiązek szkolny i jednocześnie nie zamyka go w czterech ścianach domu, które tryskającego energią potrafią zdołować, a co dopiero człowieka z obniżonym nastrojem lub pełnego niepokoju. Dodatkowo zawsze podejmuję wysiłki, by oprócz indywidualnych lekcji dziecko funkcjonowało w grupie, choćby raz w tygodniu, choćby na dodatkowych, pozalekcyjnych zajęciach. W zależności od potrzeb i możliwości. I zawsze warunkiem takiego rozwiązania jest podjęcie przez dziecko i rodzinę terapii, którą zaleci psychiatra. Nie może być tak, że dziecko z taką diagnozą nie jest objęte pomocą psychoterapeuty.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiada, że od września nauczanie indywidualne będzie można realizować tylko w domu. W szkole - nie, ponieważ jest to forma pomocy skierowana do dzieci chorych, czasowo niezdolnych do nauki w klasie, a nie dla dzieci z niepełnosprawnościami, które powinny się uczyć w grupie - w klasie mniej licznej, w klasie z pedagogiem wspomagającym, ale jednak w klasie.

Wyjaśnię: niepełnosprawność to autyzm i zespół Aspergera, upośledzenie umysłowe (choć wolę określenie niepełnosprawność intelektualna), niedosłuch, niedowidzenie, niepełnosprawność ruchowa. To są powody, dla których uczniowie otrzymują w poradniach orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego i są przyjmowani do klas integracyjnych - mniej licznych, z pedagogiem wspomagającym. 

Niepełnosprawnością nie jest: ADHD, zaburzenia emocjonalne (w tym FAS), zaburzenia lękowe, zaburzenia koncentracji uwagi, zaburzenia przetwarzania słuchowego / wzrokowego, depresja, nowotwór, uzależnienie, demoralizacja, cukrzyca i milion innych trudności i chorób, a także czasowych kryzysów, np. rozwód rodziców, śmierć członka rodziny, przedłużające się bezrobocie rodzica itd., itd. Czasem uczniowie z powyższymi i innymi diagnozami  oraz kryzysami trafiają do klas integracyjnych, ale częściej są w klasach ogólnodostępnych. Na co mogą liczyć w takiej klasie?

W publicznej szkole klasa ogólnodostępna liczy około 30 uczniów. Statystycznie w każdej takiej klasie jest uczeń z ADHD i uczeń wycofany, uczeń z obniżonym nastrojem (być może z poważnym epizodem depresyjnym), kilkoro uczniów z "dys" - dysleksją, dysortografią, dysgrafią i/lub dyskalkulią, kilkoro uczniów z zaburzeniami koncentracji, kilkoro uczniów z innymi trudnościami poważnie wpływającymi na proces uczenia się i funkcjonowania szkolnego. Wychowawcą takiej klasy jest polonistka, matematyczka, nauczyciel biologii lub muzyki - ktoś, kto ukończył studia przedmiotowe i kurs pedagogiczny, żaden specjalista, choć przy odrobinie szczęścia dla ucznia z trudnościami - doświadczony nauczyciel z sercem do zawodu. Uczniowie tej klasy mogą liczyć na pomoc pedagoga i psychologa szkolnego, ale... ten pedagog i psycholog mają po opieką kilkanaście klas, nie tylko tę jedną. Ich pomoc jest zatem doraźna, ograniczona, często sporadyczna.

Od nauczycieli uczących w takiej klasie wymaga się zrealizowania podstawy programowej oraz indywidualizowania pracy z uczniem. Dostosowania wymagań i form pracy do możliwości i potrzeb każdego ucznia. A potrzeby są tak różne! Możliwości są tak różne! Nauczyciel jest jeden i ma czasami tylko 45 minut w tygodniu.

W rozporządzeniach ministerstwa wszystko wygląda tak pięknie, tak różowo. A my, nauczyciele i pedagodzy, jesteśmy ludźmi, a nie czarodziejami. Choć często mamy serce na dłoni, to walimy głową w mur. System jest nieprzejednany. Ministerstwo zaleca, ale nie daje pieniędzy na to, by tworzyć mniejsze klasy, by zatrudniać specjalistów, by szkolić nauczycieli - ale by to były porządne szkolenia, dające realne narzędzia do pracy, a nie ubogacające naszą wiedzę teoretyczną, której w 30-osobowej klasie pełnej trudnych indywidualności - nie sposób przekuć na praktykę.

Dla ministerstwa chorobą uprawniającą do nauczania indywidualnego, które będzie odbywać się w domu - jest chyba złamanie obu nóg jednocześnie i... niewiele więcej przychodzi mi do głowy.

Czasami mam wrażenie, że specjaliści zatrudnieni w MEN nigdy nie byli w publicznej szkole. Kompletnie nie znają jej realiów. 

Chciałabym, żeby uczniowie z autyzmem nie byli wysyłani na nauczanie indywidualne. Nie ma się co oszukiwać, że wiele dzieci z tą diagnozą właśnie w ten sposób realizuje obowiązek szkolny. Ale jeśli są lekcje, po których ja wychodzę wykończona z sali - wykończona hałasem, wykończona nadmiarem bodźców - to co ma czuć dziecko z tym rodzajem niepełnosprawności? (A nie każde dziecko z autyzmem trafia do klasy integracyjnej, bo nie w każdej szkole się takie klasy tworzy. Z drugiej strony klasa integracyjna liczy 20 osób (w praktyce często jeszcze kilka więcej), a dla niektórych uczniów z autyzmem nawet to jest zbyt dużą liczbą.) Czy celem MEN jest likwidacja szkolnictwa integracyjnego i wysłanie uczniów w niepełnosprawnościami do szkół specjalnych? Zresztą niemal nie istnieją szkoły specjalne dla uczniów w normie intelektualnej, rzetelnie realizujące podstawę programową, tzn. wyposażające w taką wiedzę i umiejętności, które absolwentom tych szkół pozwalają osiągnąć takie wykształcenie jak absolwentom szkół ogólnodostępnych. A autyzm, niedowidzenie czy niedosłuch nie oznaczają niepełnosprawności intelektualnej, nie oznaczają potrzeby obniżenia wymagań edukacyjnych.

Czy Anna Zalewska chce, aby lawinowo rosnąca liczba uczniów z zaburzeniami nastroju wypadała z systemu edukacji? Z jednej strony MEN alarmuje: rośnie liczba samookaleczeń i prób samobójczych wśród młodzieży, a z drugiej strony - co polski system oświaty oferuje tym uczniom?

Możemy mnożyć te pytania, możemy opisać jeszcze wiele historii z życia wziętych... Dlaczego zamiast czynić małe kroczki w przód, robimy susy w tył? 

Reformy można odkręcać, ale indywidualnych przegranych lat nikt nikomu nie odda. 

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • 45gogula

    i właśnie czemu taki ludzi , z takimi trafnymi wnioskami nie ma w gronie doradców? znaczy ja wiem dlaczego , klucz doboru kadr jest według wolnego tłumaczenia skrótu BMaW , i potem dochodzimy do wniosku, że nigdy dobrze nie będzie

  • cien_wiatru_ona

    nauczanie indywidualne - bez niego może nie skończyłabym szkoły średniej i nie odnalazła równowagi psychicznej po traumatycznych zawirowaniach...

  • akasza2

    Bardzo wnikliwy tekst. :)
    Mam ucznia, który ma głęboki autyzm, a mama jego się uparła, by chodził do klasy integracyjnej. Klasa czwarta, a on na poziomie 4latka reagującego krzykiem i biciem. Ma indywidualne nauczanie. Wolałabym, aby mama dała go do szkoły specjalnej, by się uspołeczniał... Może w końcu matka dojrzeje do tego...

© MASZERUJ
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci