Menu

MASZERUJ

chciałabym daleko, ale najczęściej maszeruję do pracy

dwa oblicza

jol-ene

Jesteśmy gdzieś na Warmii. Są pola w trakcie żniw, urokliwe stogi, kępy drzew, niezliczone bociany, jaskółki, wróble i mazurki, i ptaki, których nazwy są dla mnie tajemnicą. Znajomi widzieli sowę podczas wieczornego spaceru! W dzień latają motyle, w nocy nad książką przelatują ćmy lgnące do lampki. Na wietrze drżą listki, najlepszy mobil dla Witka (Witek skończył dziesięć miesięcy i właśnie zaczął siadać). Przy szutrowych drogach rosną dzikie jabłonie, grusze i krzaki jeżyn. Jest tu cydrownia, a w sąsiednim siedlisku gospodarze produkują domowy ajwar, kaszę gryczaną i keczup z kabaczka albo z dyni. W naszym gospodarstwie na parapetach przepych doniczek z ziołami. Idziemy do centrum wsi ta szutrową drogą, liczymy bocianie gniazda, motyle, lustrujemy pola po horyzont, dostrzegamy w oddali pasące się konie, oddychamy pełną piersią, by napawać się tą wsią na zapas.

Przy sklepie gromada pijanych mężczyzn. Mają po trzydzieści, czterdzieści lat. To mężowie tutejszych kobiet, ojcowie tutejszych dzieci. Jest osiemnasta godzina, ich oczy do szczętu za mgłą. Tak mnie smuci ten widok, że droga powrotna już nie jest tak urokliwa. Dwa oblicza wsi. 

© MASZERUJ
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci